Nie mogę znaleźć drogi powrotu do aktywności w takiej formie zbyt dawała mi satysfakcję ale nie wyczerpywała na gruncie emocjonalnym. Nie mówię tutaj trudach samego treningu, bo jak chce się zjadac kolejne kilometry na trailowych ścieżkach to tej odporności psychicznej z czasem trzeba nabyć. Mówię o czymś bardziej trywialnym. O potrzebie porównywania się, mierzenia, znowu dodawania, powiększania i rzucania się na ekstremum dzisiaj podczas treningu pierwszego długiego biegania w terenie zacząłem sobie zadawać pytania po co się na tym etapie zapisalem na jakie kolwiek zawody (a zapisałem się na dwa starty!) nie ma żadnych szans żeby mi to dało satysfakcję bo biegam wolno i będę się czuł źle. Trochę poprzez zaprzeczenie odpowiedziałem sobie tym samym po co miałbym startować jeszcze w zawodach - po to żeby biegać nią nich szybko. Najszybciej jak mogę (biologicznie i genetycznie) a nie najszybciej w danej chwili a dana chwila to bardziej aktywne spacery niż bieganie. Nie ma dla mnie już żadnej wartości dodanej start w zawodach poza tą i chyba trzeba przestać się czarować już zupełnie i zaklinać rzeczywistość. W tym świecie pojawiam się żeby konkurować, a to w grupie wiekowej, a to z byłymi kolegami z drużyny jednej czy drugiej, młodszymi którym się zawsze zdaje że ściganie się i wygrywaniem z kimś o 10 lat starszym to wyczyn a nie żenada, z trenerami byłymi żeby im udowodnic że mogłem zawsze więcej ale oni tego nie byli w stanie ogarnąć a teraz co? Proszę popatrzyć, proszę zobaczyć. No tyle że ani nie jestem w tej pozycji obecnie ani nawet nie mam póki co pewności czy nawet przekonania że w niej będę. Trzeci jak nie czwarty raz wpadam w ping pong gdzie stara metoda bierze górę i na siłę chce to rozegrać po staremu, z jednej strony widzę że nic, ale to dosłownie nic ze starych metodyk, cyklów przygotowań do konkretnych startów mi nie leży, ani periodyzacja, ani specyfika, ani progresja nic. Nie widzę i nie czuje się dobrze w żadnych imprezach masowych, socjalizacji na siłę, wspólnych treningach i mierzeniu sobie … Na koniec. Ale z drugiej stornych chciałbym im jeszcze pokazać wszystkim! Że mogę, że dał radę, że jestem silny mocny zdyscyplinowany i zdeterminowany. No tyle że nie jestem i trochę wstyd i wykopki w poczuciu własnej wartości. A na dole takiej dziury spoczywa żal. Ze kontuzja, że ja mam trudniej, że stres, że kłopoty ze innym wszystko siedzi a mnie nie, że ja za wszystkich wszystko robię i nie mam dla siebie czasu… Czy jak wszystko wyrzucę, skasuje, zaoram i uporszce, zacznę działać dla siebie i dla własnych potrzeb to to odejdzie? Czy znajdę wtedy przestrzeń i jeszcze się rozwine? Czy to jest wogole możliwe już za połowa maksymalnego oczekiwanego czasu życia? Trzeba przyznać że gęsto się robi z tymi opcjami. Tak, jak to czytasz to nadal jest o bieganiu, może nie pisze o nim jak Murakami ale na pewno podczas niego myślę, myśle czy może bardziej rozmyślań i ciągnę przez ten las nie tylko nadwagę w postaci masy ciała ale też bagażu emocji które nie chcą się odczepić. Spróbuję jednak. Spróbuję jednak wejść z powrotem na drogę gdzie to wszystko będzie po mojemu i dla mnie bo tylko wtedy będę miał pełna satysfakcję z osiągniętego wyniku i powód do pełno krwistego a nie mówiłem… Co za tym idzie dalej muszę szukać miejsca, upraszczać, rezygnować i nie mówić TAK dla nowych rzeczy które wymagają mojej uwagi i poświęcenie. Dawać odpór chwilowym wezwania do starych schematów i powielania wzorców które doprowadziły mnie do wypalenia i totalnego dołka. Te powroty to też forma autodestrukcji.
Nie będę startował w oficjalnych zawodach w tym roku, na których jestem rozpoznawalny.
Jedyny start jaki sobie zostawiam w tym roku to Bieg Niepodległości w mojej okolicy.
Nie jestem w formie na start który dawał by mi satysfakcję, start to ma być dla mnie nagroda i konsumpcja dobrze przepracowanego okresu treningowego. Nic takiego się obecnie nie wydarzyło. A kompulsja w wyniku której się zapisałem na zawody, i wmawianie sobie że jestem ok z tym że będę miał zdecydowanie słaby wynik i będę z tym ok jest bezsensu - dla mnie na zawodach zawsze najistotniejszy byl i jest wynik. Uff powiedzialem to. Zawsze. Nie udział, nie chce bycia z innymi, nie przygoda i nowe miejsca. Wyniki, czas, miejsce. Jak byłem bardzo mocny to marzyłem o pudle w AG, a pierwsza 10 tka to było dla mnie minimum więc jak niby teraz miałbym czeprrpac radość z ukończenia jak wtedy nie czerpałem radości z połowy swoich startow pomimo swoich wyników. Wolno mogę sobie biegać całe życie po swoim lesie i nikt nie musi o tym wiedzieć, nie muszę o tym informować całej listy startowej. Czas na wspomnianą cierpliwość i determinację czas na dyscyplinę, czas na pracę, jak beda efekty będę się pokazywał.
Przestańmy własną pieścić się boleścią, Przestańmy ciągłym lamentem się poić, Kochać się w skargach jest rzeczą niewieścią, Mężom przystoi w milczeniu się zbroić… Adam Asnyk, Miejmy Nadzieję.